Wiele wskazywało na kolejny sfrajerzony mecz, ale tym razem się udało.
Pasowałoby więc cieszyć się z 3 punktów, tymczasem zamiast radości dominuje ulga braku kompromitacji.
Drużynie brakuje zwykłego chamskiego zęba z przodu. Walisz w prostokąt i jest gol. Bierzesz odpowiedzialność, bierzesz to zwycięstwo jak czipsy z półki w sklepie. Przeciwnik nie gra dobrego meczu. Niestety nasi - większość - są sparaliżowani. Ciąży im ta koszulka, nogi miękną, nie wiem. Niczym Makeni+Zhegrova w dogrywce. Myślisz że odwołana bramka wzbudza sportową złość, potem widzisz jaki strzał oddaje Miretti -- co to ma być? Plejada zmarnowanych sytuacji, pół-sytuacji i jakiegoś klepania przez pole karne do tyłu.
Zmiany Koopmeinersa i Mirettiego to kryminał.
Dobrze Yildiz, nieźle Boga, Perin chłodna głowa, dwa świetne podania Kelliego za linię obrony (z jednego gol), reszta głównie irytowała.
Teoretycznie możnaby pochwalić obronę, ale jeden kolektywny blackout dał Udinese 100% sytuację, którą mega szczęśliwie zmarnowali. Ekkelenkamp nie trafił na pustą bramkę.
Jutro kończymy na 4. lub 5. miejscu, liczę że Roma się postawi i rzuci trochę piachu w tryby Como. Remisik, mordobicie, zawieszenia i kontuzje - tak to widzę

.
Powiedzmy że jest ok. Ale przy jednym meczu w tygodniu... oczekuję więcej.