A-lfabet – 10.10.2004 właśnie wtedy pojawił się alfabet użytkownika DjJuve. Cóż za głupi nick, wymyślał go albo totalny idiota, albo niespełna 15 letni chłopiec urodzony w Warszawie, który dzieciństwo spędził w Wołominie, by następnie przeprowadzić się do urodziwego podwarszawskiego miasteczka Ząbki. Chłopaczyna zajarał się podobnym nickiem innego użytkownika i wymyślił coś w ten deseń, w dodatku wierzył, że w przyszłości może zostać Dj-em. Jakże śmieszne i chybione były to plany.
Nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo dojrzałem przez te 5 lat, jak zmieniały się moje priorytety i poglądy przez ten okres. Od gimnazjum do studiów jest bardzo długa droga, bezcenna, przynajmniej dla mnie.
Nie potrafię przeczytać mojego poprzedniego alfabetu po raz kolejny od A do Z, wtedy wydawał się w porządku, dziś jest nieco żałosny, a niezliczona ilość emotek dopełnia dzieła. Przełamałem się, na potrzeby tego co tworzę dziś, zajrzałem do tematu „Forumowicz od A do Z vol.1” i cofnąłem się w czasie do roku 2004. Jakie wnioski?
Z tego co pamiętam miało być ambitnie, ale 15letni dzieciak chyba nie do końca zdaje sobie sprawę co to słowo oznacza. Nie wystarczy poruszyć pewnych kwestii, należy to zrobić w umiejętny sposób. Mój nie do końca ukształtowany światopogląd wytworzył właśnie coś takiego. Chyba zbyt dużą wagę przywiązywałem do forum JP, traktując to miejsce jako winkiel, przy którym spotykam się ze znajomymi i bez którego trudno byłoby mi przetrwać...stop, tą kwestię rozwinę nieco później. Wracajmy do alfabetu. Młody człowiek chciał pokazać swoją erudycję, niestety słabo, dosyć nieporadnie mu to wyszło. Nie wiem dlaczego nie używałem przecinków i polskich znaków, lenistwo czy głupota? Do dziś rozwala mnie, to co pisałem o Yarim i Rybie, naprawdę spoko ludzie, z którymi swego czasu utrzymywałem jako taki kontakt, ale te moje „internetowe przyjaźnie”? Z perspektywy czasu wygląda to nieco zabawnie. Kolejna śmieszna rzecz to przeświadczenie o tym, jak bardzo jestem ironiczny i jak dobrze idzie mi posługiwanie się tym, głupi gówniarz.
Jeśli miałbym wybrać 3 najlepsze litery byłyby to B, P i W, nieco nieporadnie rozwinięte hasła w przypadku dwóch pierwszych, natomiast „wiara” jak najbardziej na plus.
Mimo wszystko nie żałuję, by dotrzeć tu gdzie jestem (tzn. do alfabetu vol.2

) musiałem przejść drogę w której przystankiem był alfabet vol. 1.
Ą-cki/Wojewódzki – Edek Ącki bardziej znany jako Szymon Majewski stworzył program w formie, którą całkowicie akceptuję, tyle. Tak po prawdzie chcę nawrzucać temu drugiemu, a o Szymku wspominam, ze względu na literę „Ą”.
Wojewódzki? Czasami lubię popatrzeć, ale momentami jestem na tyle zażenowany, że wyłączam tv. Koleś ma prosty system: wybieram <brzydkie słowo ( ͡° ͜ʖ ͡°)>, z którego pośmieje się (Frytka czy inny Piotruś Kupicha/wybieram inteligentnego gościa, któremu wyliże tyłek (Lis czy Zanussi), skoczy mi oglądalność, kupię nowe ferrari i zostanę idolem.
Wojewódzki niepotrzebnie robi z siebie kretyna, wydaje się być całkiem inteligentny, nie poznaję go, kiedy idzie do innego programu i opowiada o swoim życiu, młodości czy zainteresowaniach. Maska, którą zakłada we wtorkowe wieczory jest słaba i myślę, że nie tylko ja to tak odbieram.
Żal mi dupę ściska, kiedy widzę jak młodzi ludzie upatrują w nim swojego idola, w końcu ubiera się tak fajnie, jest sarkastyczny, potrafi wbić polską flagę w gówno, ano i Kaczora obrazi, bez tego nie mogłoby się obyć. Moja frustracja rosła z dnia na dzień, wybaczcie, musiałem dać upust emocjom. Jeśli tak ma wyglądać idol, to powodzenia, wolę Batmana.
B-atman – Od dziecka byłem zajarany człowiekiem nietoperzem, widziałem wszystkie filmy, w których głównym bohaterem jest koleś, zakładający czarne gacie, śmieszną maskę, okładający tysiące zbirów po pyskach i po raz n-ty ratujący świat przed zagładą, niby żałosne, ale uczucie z dzieciństwa przetrwało do dziś. Fanem komiksów nigdy nie byłem, więc nie kolekcjonowałem ich (miałem kilka numerów), przemawiał do mnie raczej obraz telewizyjny czy kinowy.
Batman Burtona z 1989 jest magiczny, genialna rola Nicholsona i ten klimat. Może nienadzwyczajne efekty specjalne czy brak tysiąca gadżetów, ale w mojej prywatnej klasyfikacji filmów o człowieku nietoperzu zdecydowanie miejsce nr...dwa. „Batman Returns” też dobry choć nie zapadł tak mocno w moją pamięć jak poprzednik, miejsce nr trzy bez zbędnej gadaniny. Pierwsza pozycja dla „The Dark Knight” może i wcale nie najlepszy, może i dwie twarze wyglądał do niczego, może Bale jest słaby, ale ten film ma coś w sobie i nie chodzi tylko o magicznego Jokera Ledgera. Oglądałem go ok 5 razy i zabieram się do tego po raz kolejny, chyba niepotrzebnie doszukuje się w nim ukrytego znaczenia, ale zafascynował mnie, może przez uczucie z dzieciństwa.
O innych filmach nie wspominam, jedne lepsze, drugie gorsze, jednak nie wybijają się ponad przeciętność.
C-hcemy być sobą – po raz kolejny będzie nudno, nie pierwszy i nie ostatni raz będę narzekał, chyba taki już mam charakter, wieczny malkontent. Denerwują mnie wszędobylskie mniejszości. Po co geje i lesbijki organizują te parady? Nie mogą kochać się w czterech kątach? Muszę na to patrzeć w telewizji i na ulicach? Może i nie jestem tolerancyjny, ba może i jestem homofobem (cóż za modne słowo obecnie), ale nie mam zamiaru ukrywać mojego niezadowolenia.
Kolejna kwestia, ta pieprzona poprawność polityczna. Większość z nas boi się publicznie wypowiadać opinie, które nie daj Boże mogłyby zabrzmieć dwuznacznie, obrazić czarnoskórego, żyda, Azjatę etc. Przecież każdemu z nas zdarza się to w domu, śmiejemy się z inności: z grubasów, kurdupli, zezowatych czy blondynek.
Nie wolno mówić, że murzyni pochodzącą z afryki, nie wolno już nawet w żartach rzucić „asfaltem”, od razu zostanę nazwany rasistą. Nie będę płakał z tego powodu, nie będę też nikogo namawiał do takich zachować, ale na Boga bądźmy sobą, przestańmy udawać tolerancyjnych, mam dosyć ten sztuczności.
Nie chcę zostać źle zrozumiany, nie popieram gnębienia mniejszości czy zwalczania ich. Nie podoba mi się jedynie to granie pod publiczkę, dostosowywanie własnego zdania do większości czy ukrywanie go przed światem.
Kaczyńskich można nazywać kurduplami i śmiać się z nich, przecież sami się o to proszą, Kalisza można nazywać grubasem i śmiać się z niego, w końcu komuch sam się o to prosi, ale Mario Balotelliego bambusem nazywać nie można, co z tego, że szczeka na prawo i lewo, i bezczelnie prowokuje. Nie wolno powiedzieć, że murzyn nigdy nie będzie Włochem, choć w dużej mierze to prawda.
Denerwuje mnie gadania o naszym „rasizmie”, „antysemityzmie”, o tym jacy to my źli jacy niedobrzy. Nie chcę analizować, dlaczego żydzi czy murzyni czują się tak bardzo dotknięci każdym niewinnym żartem, dlatego na tym zakończę.
Ć-wok – banda ćwoków, których widok na co dzień serwują nam nasze wspaniałe media:
Stefek Niesiołowski – za „Ja panu nie przerywałem” choć przerywał
Janusz Palikot – za to, że stara się zrobić z siebie błazna, choć wcale nim nie jest
Tomuś Lis – za tzw. ograniczony obiektywizm i Kingę Rusin! Jak on mógł?!
Jaruś Kaczyński – za to, że dał sobie wmówić, że czarne jest czarne, a białe jest białe.
Karolek Karski – za twarz
Joasia Senyszyn – za całokształt jej wesołej twórczości
Edzia Górniak – za to, że słabo płacze pod publikę
Piotruś Kupicha – za ten jego „anioła głos”
Mógłbym wymieniać dalej, ale jest 3 w nocy, a w naszym kraju ćwoków nie brakuje.
D-inozaur – dołączył 22 grudnia 2003, na koncie 2068 postów – forumowe dane jednej z najbardziej znanych i szanowanych postaci na JP, tak wasz ulubiony użytkownik. 6 lat, niemal 6 lat możecie podziwiać moją wesołą twórczość. Śmiać mi się chce kiedy przypominam sobie początki, ciekawe czy gdyby moja przygoda zaczęła się później jej start byłby równie nieudany? Śmieje się po raz drugi kiedy wspominam, co i jak pisałem, najgorsze, że wydawało się to całkiem w porządku, kolejny raz ujawnia się młodzieńcza głupota.
Szczerze powiem, że pierwsze miesiące pamiętam jak przez mgłę, kojarzę, że lubowałem się w zakładaniu coraz to lepszych tematów, a gwiazdki, które zdobywało się za ilość postów były łakomym kąskiem dla małolata. Najbardziej motywowało mnie to do pisania kolejnych, jakże wspaniałych wypowiedzi. Inną ciekawą kwestią są emoty, dziś mogłyby nie istnieć, wtedy chyba tylko za ich pomocą potrafiłem przekazać moje emocje.
Posty leciały, czas płynął, forum JP rozwijało się, a dzień w dzień pojawiali się coraz to nowi, jedni mniej inny bardziej ciekawi użytkownicy. Tak, specjalnie dla części z was powiem, że tęsknie za starym forum, ale właśnie to stare forum traktowałem nieco inaczej niż obecne. Potrafiłem siedzieć tu kilka godzin, bawić się w dyskusję polegające na rozbijanie czyjejś wypowiedzi w dziesiątki cytatów, bawiło mnie to. Dziś nie mam na to ani czasu, ani ochoty, postarzałem się.
Chwile, które zmieniały forum? Niewątpliwie cała afera i odejścia rybqa, kiedyś ludzie przeżywali to i ekscytowali się, dziś zapewne wszyscy śmiejemy się z tej sytuacji. „Forumowe Oscary”, „Qualita Juventino” czy „Forumowicz od A do Z” to wszystko urozmaicało istnienie i egzystowanie na forum JP, dziś być może z powodu braku tego typu rozrywek aktywność części znamienitych postaci podupadła. Myślę, że to nie jedyny powód dlaczego Ci najbardziej rozpoznawani i szanowani przestali udzielać się.
Choć nadal nie można narzekać na brak indywidualności, nieco szkoda straty starych wyjadaczy, tych, z którymi toczyło się zażarte batalie w niemal każdym temacie.
Nie będę narzekał, za dużo tego, nie łudzę się, że będzie tu jak kiedyś, mam jednak nadzieję, że obecne „ikony” nie zrezygnują zbyt szybko i utrzymają to forum na solidnym poziomie, a takich osób mimo wszystko nie brakuje. Trzymam kciuki lamy.
Na koniec by nie było zbyt optymistycznie zaznaczę, że kilkukrotnie przymierzałem się do pożegnania się z JP,. Wytłumaczcie, jak można wlepiać mi kartki?! Ogarniacie to?! Nie róbcie tego więcej decydenci i chcę Q!
E-mo – co dzieje się z tym światem? Powstają jakieś dziwne subkultury, których nie ogarniam i chyba nie ogarnę. O co chodzi w tym emo? Co to jest i kto to wymyślił? Jeśli przyszłością tego narodu mają być dzieci farbujące włosy na czarno, przyodziewające ubrania w tej samej barwie, przekłuwające uszy nosy, jęzki etc, jeśli przyszłością tego narodu mają być jakieś Tole, Blogi 27 czy inni którzy oglądają z zapartym tchem program na mtv wierząc, że tak wygląda świat to ja wysiadam.
Wczoraj był „idol” wszyscy śpiewali, dziś mamy „u can dance” wszyscy tańczą ciekawe co wymyślą jutro?
Powalony świat reality show, frytka wali się z kenem w jacuzzi, Doda i Radzio to gwiazdy, których losami żyje spora część tego narodu, a „Fakt” tak <brzydkie słowo ( ͡° ͜ʖ ͡°)> się sprzedaje. Jest ktoś w stanie wytłumaczyć mi te zjawiska? <brzydkie słowo ( ͡° ͜ʖ ͡°)> pogoń za modą, chcesz być fajnym? Im więcej kolorów tym lepiej – na ulicach wysyp clownów.
Zastanawiam się, czy ten świat jest poroniony, czy ja taki stary, że nie potrafię tego ogarnąć. Może magiczny rocznik 89 i poprzednie były nieco inne i cechowały je innej wartości. Nie wiem czy lubię się wyróżniać, czy po prostu jestem inny niż większość. Mnie w ogóle nie kręci śmianie się z prezydenta bo „jest mały, gupi i śmierdzi”, w ogóle nie kręcą mnie opowieści Palikotów i jemu podobnych, a jeśli jesteśmy już przy polityce to zakończę optymistycznie. Uważam iż partia rządząca jest równie wielkim syfem co, ich poprzednicy... i nie rozwinę tego tematu.
Ę- Ę – ciekawa litera.
F- laszka – piątek/sobota dzwoni telefon, pada pytanie „pijemy?”. Nie mam w zwyczaju odmawiać, lubię ten sympatyczny stan po kilku głębszych. Jeśli pije to w doborowym towarzystwie tzn. najbliższych znajomych, przyjaciół. Nie przepadam za wypadami do klubów czy innych tego typu lokali, zdecydowanie preferuję domowe zacisze, do tego dobra muzyka lub tv. Jeśli jesteśmy przy temacie tv, wiecie, że do wódki idealnie pasuje boks? Nie raz i nie dwa spędzałem noc przy flaszce, by nad ranem ledwo ciepły oglądać gale i o dziwo niemal wszystko doskonale pamiętam.
Lubię solidnie nawalić się, „zresetowanie się” po ciężkim tygodniu pracy jest dosyć ciekawą, nietypową, ale mimo wszystko miłą formą wypoczynku.
Najczęściej bywa zabawnie – śpiewy, żarty, dyskusje, ale nie ukrywam, że są również „cięższe” dni – oberwanie/danie w michę, zaliczenie zgona czy awantury bez konkretnego powodu.
Najgorszy w piciu jest kac, nie cierpię bólu głowy, ten pulsujący jest najgorszy. Mdłości i zmęczenie jestem w stanie wytrwać, ale ten pieprzony ból potrafi zmarnować cały dzień.
Jeśli flaszka to wódka, piwo okazyjnie do meczu, a wino od czasu do czasu tylko do kolacji, whisky również daje radę. Ogólnie lubię procenty i wcale tego nie ukrywam – dobrze mi z tym.
G-orąco – nie lubię kiedy jest gorąco, dziś dostaje <brzydkie słowo ( ͡° ͜ʖ ͡°)>, nie ma czym oddychać. Wychodzę na dwór - pot leje się ze mnie. Zimny prysznic - <brzydkie słowo ( ͡° ͜ʖ ͡°)> sprawa, ale co z tego skoro po chwili znów jestem cały mokry. Jakby tego było mało, do napisania mam ten cholerny alfabet. Może zimny browar pomoże?
Mówiłem już, że jestem malkontentem? Nie lubię też kiedy jest zimno, ręce odmarzają, ciężko wracać do domu po imprezie, nie chce się wychodzić bo i po co? Jakby tego było mało, ten pieprzony śnieg - pada na łeb i wzmaga frustrację. Może zimna wódka pomoże?
Podsumowując nie lubię gorąca, nie lubię zimna, wolę wiosnę, ale podobno bycie „letnim” wcale dobre nie jest...i bądź tu mądry Andrzeju.
„
H - istoria stosunków międzynarodowych 1815-1945”; autor - Wiesław Dobrzycki. Tak, zgadliście, nie miałem pomysłu na literę H, więc proszę bardzo oto tytuł jednej z niewielu książek jakie przeczytałem w ostatnim czasie. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś na temat podstaw największych konfliktów XIX i XX w. polecam Dobrzyckiego. Jestem z siebie dumny, to tak gruba książka, a ja przecież nie lubię czytać.
I-sm – Instytut Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego– tydzień temu ukończyłem pierwszy rok, szczęśliwie bo szczęśliwie, ale udało się. Studia wieczorowe są spoko, za dnia można poobijać się, by potem wpaść na uczelnię na 1-3h. Niestety nie ma nic za darmo - często trzeba zapłacić niemałą kasę za taki komfort.
Nie czuję życia studenckiego, nie kręcą mnie wyjazdy, imprezy po klubach itp. rozrywki. Mam grupę znajomych, z którymi nie raz zdarzyło mi się popłynąć i z nimi staram się trzymać.
Mimo wszystko bardziej odpowiadało mi życie w liceum. Nie wiem, z czego to wynika, ale tam czułem się swobodniej, znałem większość ludzi, a oni znali mnie, kontakt z nauczycielami miałem idealny. Uważam, iż chodzenie LO i przebywanie w tym towarzystwie było przyjemnością – najlepszym okresem w moim życiu.
Do tematu studiowania o dziwo podszedłem dosyć poważnie, nie obijam się non stop, przed sesją zdarza mi się uczyć. Swoją drogą, cóż za szatański wynalazek ta sesja? Jasne, fajnie jest obijać się przez ¾ semestru, ale kiedy zbliża się okres egzaminów ciekawie już nie jest.
Moja rada dla innych? Uczcie się w liceum, dostańcie się na studia dzienne, by później zachować trochę kasy w kieszeni, gdybym mógł cofnąć czas...Nie, chyba mimo wszystko jestem zbyt wielkim leniem.
J-ózio – nie znam żadnego Józia, no może jednego, ale słabo. Każdy kogo nie znam jest Józiem, każdy pan x czy y ma na imię Józio lub Andrzejek, pamiętajcie i nie odbierajcie moich słów zbyt personalnie... Andrzeje. Swoją drogą to piękne imiona, prawie tak samo piękne jak Kamil.
K – ościół – chodzę gdyż odczuwam potrzebę. Nie do końca zgadzam się z nauką i poglądami, ale nie jestem tam by popierać słowa księży. Niedzielna wizytka poprawia mi nastrój, wzmaga wiarę w samego siebie i pomaga w co dziennym życiu. Nie będę truł na ten temat, wiara to kwestia dosyć osobista.
L-ypsky – Kamil L. – urodzony 10 sierpnia 1989 roku w Warszawie, zamieszkujący Ząbki, wcześniej znany jako DjJuve. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś na mój temat, na pewno lektura tego ambitnego dzieła ułatwi wam to. Jestem chamem, gburem,często niezadowolonym z życia i z tego co nas otacza, ale potrafię być miły, wygadany i przeuroczy, wszystko zależy od sytuacji i nastroju. Często malkontent, lubię mieć wszystko uporządkowane, wyżywam się najczęściej na moich bliskich i nie rozumiem jak oni to znoszą. Jestem świadom moich minusów, szkoda, że nic z tym nie robię. Leniwy, uparty choleryk o dziwnych poglądach.
Jesteście zaskoczeni, że nie piszę nic na temat Juve? Co z tego, koniec.
Ł-zy – płakałem kiedy Wiltord strzelał bramkę Włochom w ostatniej minucie na Euro 2000. Nie potrafiłem pogodzić się z tym, tym bardziej mając w pamięci niewykorzystane okazje Alexa – to właśnie do niego miałem największe pretensje o przegrany finał. Po tej bramce wiedziałem, że to koniec.
Płakałem kiedy Treze spudłował w finale w 2003 roku, wiedziałem, że to koniec. Jako młody chłopak nie potrafiłem zrozumieć, czemu tak się dzieje, przecież graliśmy wspaniale w drodze do tego finału. Nie pojmowałem, dlaczego nasi tak słabo wykonywali te karne, przecież Buffon bronił fenomenalnie. Nikt ani nic nie było w stanie mnie pocieszyć.
Wiem, że brzmi to śmiesznie, ale ta porażka była chyba największym dramatem w moim życiu, nie mogłem otrząsnąć się kilka dobrych dni. Po dziś dzień nie potrafię obejrzeć serii rzutów karnych z tego finału ze spokojem.
Te dwa dni pamiętam jakby były wczoraj, inne epizody, ze łzami w moich oczach w roli głównej nie zapadły mi w pamięć.
M-arihuana – zdarzyło mi się kilka razy przykopcić, w końcu trzeba spróbować wszystkiego (no może nie wszystkiego). Nie przepadam, może dlatego, że poza kilkoma dłuższymi chwilami śmiechu, włączyła mi się zamuła.
Kiedyś miałem ciekawą sytuację, wkręciłem sobie, że nad drzewami widzę japońskie samoloty i przez dłuższy czas nie mogłem przestać się śmiać. Nie zapomnę śmiechu moich kumpli, chłopaki mieli ubaw po pachy.
Ziółko powinno być legalnie dostępne, często ludzie pod jego wpływem zachowują się zdecydowanie „lepiej” niż po alkoholu. Na pewno są mniej agresywni i nie puszczają im wszelkie hamulce, inna kwestia, że śmieją się jak świnie. Jeśli ktoś chce zapalić zdobycie tego nie jest żadnym wyzwaniem.
Mi nie przypasowała, ale jeśli ktoś lubi takie rozrywki, nie mam nic przeciwko. Poważniejszym narkotykom mówię „nie”.
N-asz kraj, nasze społeczeństwo – nie lubię buractwa, często spotykanego u nas, ale jestem jak najdalszy od tego by naszych krajan nazywać burakami. Polskie społeczeństwo bywa wspaniałe, pomimo wszystkich minusów, potrafimy jednoczyć się, stanąć jeden za drugim. Może nie tak tolerancyjni i rozwinięci jak mieszkańcy państw zachodnich, ale mimo wszytko cieszę się, że mieszkam właśnie tu.
Ń – równie ciekawa litera, co Ę, być może nawet ciekawsza.
O- laboga – pozostały dwie godziny do opublikowania alfabetu, a pomysłów coraz mniej. Jestem wycieńczony po pracy, a mimo to siedzę i staram się być twórczy, doceńcie to. Byłem przekonany, że napisanie alfabetu po raz drugi nie będzie trudne, ba byłe pewien, że będzie dużo łatwiej, szybciej i przyjemniej niż miało to miejsce za pierwszym razem. Jakże wielkie zaskoczenie spotkało biednego człowieka, kiedy po kilku literkach skończyły się konkretne pomysły i trzeba było kombinować.
Niektóre hasła są nieco naciągane, wybaczcie, ale przynajmniej pewna część całości odnosi się do tego co chciałem przekazać, do tego jak chciałem pokazać siebie. Wierzę i mam nadzieję, że było lepiej, ba, jestem pewien, że było lepiej bo ciężko wypisywać większe bzdury niż poprzednio. Momentami za bardzo filozofowałem i mędrkowałem, zdaje sobie z tego sprawę, więc darujcie sobie krytykę, a nawet jeśli śmiecie wypowiedzieć jakąkolwiek niepochlebną opinię pożałujecie tego, obiecuję.
Mimo wszystko nieźle bawiłem się przypominając sobie niewielką część mojego życia.
Życzę równie miłej zabawy przyszłym autorom alfabetu i nie mogę doczekać się na trzecią odsłonę zabawy, wtedy będzie idealnie, o ile wcześniej nie obrażę się i nie pójdę w huk.
Ó-wdzie i tu – mam pisać o moich podróżach, które nie istnieją? O tym gdzie byłem, gdzie miód i wino piłem? Zachowam to dla siebie.
P-ub – tak, przyszedł moment zadumy, nad samym sobą i tym jak głupio postępuję w moim życiu. Z tego miejsca pragnę serdecznie przeprosić grupę warszawskich alkoholików z panem prezesem Danielem P. na czele. Przepraszam panowie, iż od dłuższego czasu zaniedbuję Was.
Nie tak dawno w jednym z parków w stolicy spotkałem w pół przytomnego, byłego wiceprezesa tego stowarzyszenia – Pana Tomasza K., cóż za miłe było to spotkanie. Od razu przypomniały się stare, piękne czasy, kiedy ugrupowanie, którego władze tworzyli w/w Panowie oraz Pan Kamil L., a ich pucybutem był nijaki Tomasz M. (wybacz gościu :lol: ) niszczyło pod względem frekwencji inne ugrupowania ulokowane na terenie naszego kraju. Słynny mecz z Milanem, kiedy uzbieraliśmy ok. 50 osób – to były piękne dni. Niestety, zszedłem na złą ścieżkę, zaniedbałem starych druhów i zapewne na stałe zostałem przez nich pożegnany. Kajam się panowie, wybaczcie, a Ciebie Danielu przepraszam najserdeczniej i przyznaję rację – ludzie z Ząbek kłamią.
Jeśli kryzys się nie skończy, a tym samym platforma Cyfra + zostanie usunięta z mojego domu, oświadczam, iż na nowo zacznę was odwiedzać, a w ramach przeprosin obiecuję przynieść wysoko procentowy trunek alkoholowy.
Wiem, że dla niewtajemniczonych całość może być niezrozumiała, wybaczcie, ale musiałem to napisać.
Q- fajna litera, czekam kiedy pojawi się przy moim nicku. Nie pojawi się? Może i macie racje, wystarczy spojrzeć na hasło pod literą S by dowiedzieć się dlaczego

Nie rozumiem czemu zawieszono wręczanie znaczków jakości, przecież wcale nie brakuję ludzie, którzy powinni je otrzymać. Ślepo wierzę w to, że niebawem odżyje ta inicjatywa i doczekamy się kolejnych Qualita Juventino.
Boję się tylko co będzie kiedy otrzymam już to Q, opis do zmiany, ale na jaki? Nie mam pomysłu i to jest straszne.
R-edondo – Pamiętam jego grę w latach 90, jako dzieciak zachwycałem się i niezmiernie żałowałem, że przechodzi do Milanu, a nie do nas. Cóż to był za zawodnik, co za fryzura. Kojarzycie jego asystę z spotkaniu z MU? Nie? Proszę bardzo
Jeden z moich ulubieńców, szkoda, że kontuzja złamała mu karierę.
Nie znam jego biografii, nie wiem jak dużo goli zdobywał, ale jest jednym z tych których najlepiej zapamiętałem z lat mojego dzieciństwa. Szacunek.
S-olojuve –
www.solojuve.com – polecam, najlepsza strona o Juventusie w sieci, pamiętajcie! Pozdrawiam redakcję JuvePoland, w szczególności Siewiera – mojego ulubieńca od x czasu.
Ś-eriale – pod „s” znalazło się bardziej interesujące hasło, więc o serialach muszę napisać tu. Od jakiegoś czasu lubuje się w głównie w amerykańskim kinie tego typu (o ile można to tak określić). Zaczęło się od „Sopranos” na tvn, niestety oglądałem nieco po łebkach, więc po dziś dzień przymierzam się do wszystkich serii od podstaw. Na chwilę obecną śledzę 6 odsłonę w telewizji, a że pora emisji – 23.30 – pasuje mi idealnie, tym lepiej.
Podobna sytuacja była z Nip/Tuck jednym z moich ulubionych, może w wakacje uda się nadrobić zaległości?
Do tej pory machnąłem wszystkie sezony „Desperate Housewives”, „Dextera” i „Family Guy”. DHW przejadł się nieco, za dużo serii, zbyt wiele monotonni, chyba zaczyna brakować pomysłów.
Ostatni sezon Dexa również słabszy od poprzedników, mam nadzieję, że 4 odsłona będzie lepsza. Co do FG - mimo, iż to już 7 seria nadal śmiechu co nie miara. Odpowiada mi amerykańskie poczucie humoru, a rodzina Grfinów wpisuje się w nie idealnie.
Jeśli mówimy o tym co obecnie oglądam, polubiłem „Everybody loves Raymond”, TV Puls i Comedy Central raczą mnie kilkoma odcinkami dziennie.
Co do innych, zupełnie nie podeszły mi „Prison break”, „24 godziny” czy „Lost”, od czasu do czasu zerknę na „Housa” na tvp 2, facet daje rade.
Mój prywatny ranking:
1.Dex., Nip/Tuck
2.Sopranos
3.Family Guy
4.Desperate Housewives
5.Everybody loves Raymond
6.House
T-atuaż – dojrzewałem do tej decyzji kilka ładnych lat. Już jako młody chłopak planowałem zrobić tatuaż, ale nie podjąłem żadnych kroków, z czego dziś jestem bardzo rad.
Kiedyś obawiałem się reakcji rodziców, dziś w momencie kiedy mam niemal 20 lat, również zależało mi na ich opinii. Sposób, jak się okazało był prosty, wystarczyło przekonywać ich do tego stopniowo, najpierw powiedziałem o zamiarze, później o tym, że mam termin w studio, a po 2 miesiącach przyszedłem do domu z dziarą. Nie było wielkiej tragedii, mama pogodziła się z tą myślą już wcześniej, a ojciec tylko puknął się w czoło.
Co skłoniło mnie do tego, że wreszcie zrealizowałem mój plan? Nic konkretnego, ok 2-3 miesiące temu postanowiłem, że przyszedł ten czas i może nareszcie warto podjąć jakieś kroki. Poczytałem nieco na temat warszawskich „dziabatorów”, zapoznałem się z opiniami ludzi, którzy od dłuższego czasu siedzą w tym temacie i wybrałem studio.
Kolejna kwestia to projekt, kiedyś byłem pewien, że strzele sobie herb na klacie, lecz szybko zmieniłem zdanie, głównie dlatego, że moim zdaniem nie wygląda to najlepiej. Następnym i jak okazało się ostatecznym pomysłem był napis, pierwsza myśl „Juve”, ale po głębszym zastanowieniu zdecydowałem się na „Juventus”. Z gotowym, niewielkim projektem udałem się do studia, uzgodniłem termin i jedyne co pozostało to czekać na 24 czerwca.
Nie ukrywam, że długo zastanawiałem się nad tym czy oby na pewno tego chcę, nie lubię żałować pochopnie podjętych decyzji. Kwestia przyszłości była kluczowa, wiadomo, że nie każdemu podobają się tego typu rzeczy, a ja mam większe ambicje niż praca na budowie. Mimo wszystko w tej sprawie nasz kraj jest jeszcze nieco zacofany, może tatuaż nie kojarzy się tylko z więźniem jak miało to miejsce kilka lat temu, ale nadal nie wszędzie jest mile widziany i często wzbudza niemałą sensację. Może także dlatego zdecydowałem się, że dziara będzie po wewnętrznej stronie bicepsa, tak by w razie potrzeby można było ją łatwo zakryć. Z resztą nie kręci mnie chwalenie się tym, robienie zdjęć czy pokazywanie, to jest dla mnie i traktowałem to w taki sposób od samego początku.
Po A musiałem, a raczej chciałem powiedzieć B. Przyszedłem do studia, po ok 1,5 godziny wyszedłem z gotowym tatuażem i wróciłem do domu. Nic nadzwyczajnego, ale jestem zadowolony. Głównie dlatego, że udało mi się zrealizować mój plan i jestem pewien, że to jeszcze nie koniec. W niedalekiej przyszłości, kiedy będę w zupełności samodzielny finansowo planuję zrobić coś na nogach, ale o tym napiszę już raczej w alfabecie vol.3

Na koniec chciałem zauważyć, że coraz więcej ludzi w naszym kraju ma tatuaże, wyczaiłem to przechadzając się ulicami Warszawy właśnie teraz, kiedy jest ciepło. Nie rozumiem tylko, dlaczego lwia część tych dzieł to straszne babole? Po co robić sobie tatuaż w niesprawdzonym studiu czy u kumpla z podwórka (to dopiero hit)? Nie pojmuję jak można oddać swoje ciało w ręce amatora, który przez jeden błąd może oszpecić człowieka ca całe życie, to tak jakby iść do lekarza samouka. Głupota w czystej postaci.
Pocieszenie dla tych, którzy obawiają się bólu - wizyty u dentysty są zdecydowanie gorsze.
U-sa – byłeś? Jeśli nie to żałuj i leć jak najszybciej. Szczególnie polecam NYC, może i brudno, może i śmierdzi, ale to miasto ma swój klimat. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem moją babcie, który mieszka tam od ponad 20 lat, usłyszałem od znajomych: „zatęsknisz i wrócisz tu, każdy tak ma”. Wracałem dwukrotnie, a za rok wybieram się po raz kolejny. 8 godzin w samolocie to trochę dużo, ale warto przemęczyć się. Wizyta przy „Ground Zero” czy w Empire State Building bezcenne przeżycie.
W-ulgaryzmy – też lubicie rzucić dobrą k.? Jakże nadaje to kolorytu całej wypowiedzi, podkreśla nasze uczucia, a jak pozwala się uspokoić, to lek na moje skołatane nerwy.
Pamiętam jak rzucałem pierwszymi wulgaryzmami za młodu. Mając lat kilka wraz z moim serdecznym przyjacielem rzucaliśmy sobie k. i ch. przy trzepaku nieopodal bloku, wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że siwy cieć doniósł o wszystkim naszym rodzicom, a to ch.! Zepsuł nam zabawę.
Tak jak większość osób, swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie stawiałem na podwórku i w szkole - co to za rozmowa chłopaków w gimnazjum, w której nie ma wulgaryzmów? Dziś patrzę na tego typu sceny z politowaniem, chyba zapominając jak „wół jak cielęciem był”. W domu nie przeklinam, podobnie jak reszta mojej rodziny, w towarzystwie nie stronie od tego i wcale nie jest mi z tym źle. Dlaczego, wytłumaczyłem powyżej, po prostu lubię rzucić k. od czasu do czasu, odpręża mnie to.
Y – hy, też uważam, że za dużo liter mamy w polskim alfabecie.
Z-latan I. - cieć, oszukał mnie, kopnął w dupę i oddał się innej. Na początku poczułem ukłucie, coś z odejścia tej ukochanej. Wyznawała miłość, uwielbiała dopóki byłem na szczycie, a kiedy pojawił się gorszy okres, odeszła do mojego największego wroga - tak było cyganku.
Zabolało, lecz nie rozpaczałem wielce. Gdy usłyszałem, że od dziecka kibicuje Interowi i marzył by grać u nich, na mojej twarzy pojawił się uśmiech, a w głowie jedna myśl: „dziwka”. Tak optymistycznie zakończyłbym dywagacje na temat tego jegomościa, ale pokrótce objaśnię, czemu akurat o nim piszę i czemu jedna literka w alfabecie tak znamienitej postaci została poświęcona temu cieciowi. Ano, tak nieszczęśliwie złożyło się, że od przyjścia do Turynu był moim ulubieńcem, nawet gorszy sezon nie zniechęcił mnie do niego, wiedziałem, że Zlatan I. będzie wielkim napastnikiem, upatrywałem w nim następcę Alexa... I co? Jest wspaniałym piłkarzem - zwody, strzały podania, technika, szybkość - mogłoby się wydawać idealny, ale i tak jest maleńki, malućki i słaby. Dlaczego? Dlatego. Przydomek „Cygan” pasuje do niego jak ulał.
Ź-le – jest źle, cały czas coś mi się nie podoba w tym alfabecie, czegoś brakuję. Nie wiem czy po raz kolejny ujawnia się we mnie malkontent, ale jestem przekonany, że niebawem będę niezadowolony z tego co i jak tu powypisywałem. Wiem, że niebawem znowu będę płakał - „byłem młody i głupi”. Jestem pewien, że nie wszystko nakreśliłem tak jak powinienem, nie wszystko zostało idealnie obrane w słowa, tak jak bym chciał.
No właśnie, może to nie malkontent, a idealista ujawnia się we mnie? Może moje dążenie do doskonałości powoduje, że częściej widzę ciemne strony życia zamiast jasnych? Cóz za ironia losu, ostatnio tak często śpiewam przy wódce „Always Look on the Bright Side of Life”.
Brzmi to niczym rozważania kiepskiego filozofa, więc na tym poprzestanę. Po raz kolejny miało być ambitnie, przynajmniej momentami, a wyszło jak wyszło. Sami ocenicie.
Nie łamię się, czekam na alfabet vol. 3, tam wyleje moje żale po raz n-ty.
Ż-egnajcie – tak jak obiecywałem, nadszedł ten czas, czas by powiedzieć żegnajcie! Było miło, mniej miło bądź niemiło, dotrzymuję danego słowa – napisałem alfabet i żegnam się. Do Jutra!
Koniec.